Przedwojennej Legnicy już nie ma. Tu odbudowujemy ją wirtualnie. Chodzimy jej ulicami, poznajemy ludzi, ich codzienność, pracę i pasje. Bez polityki, bez uprzedzeń. Z miłości do miasta.

 
   
 
   


Szukaj w serwisie
Sprawdź nazwę ulicy
 
 


Fundacja Historyczna Liegnitz.pl

o Fundacji

175 lat teatru w Legnicy ►


Kategorie

Historia miasta
Katalog firm
Miejsca
Legniczanie
Galeria
Źródła

Nasz serwis

geneza regulamin pliki cookie (nowe zasady) mapa serwisu kontakt
« strona główna

Aktualności na forum

25.09.2017, bulgari125:
gli orecchini bulgari argento e...
Disponibile a Beladora mentre ci sono ancora quattro episodi pi? a sinistra...

25.09.2017, jejeje:
bracciali pandora scontati
Precedenti ospiti e partecipanti all'evento possono caricare le foto...

27.08.2017, wojtek13:
Karl Langer Gasthaus zur...
Witam wszystkich serdecznie. Posiadam malutką miseczkę z logo " Gasthaus...

Zaloguj się do forum:

login:
hasło:

lub załóż konto


Nasi przyjaciele

 

Wizyta majora Saito w Legnicy

Artykuł z Liegnitzer Tageblatt z 7 listopada 1942 r.

LEGNICKIE WSPOMNIENIA O JAPONII

Kiedy ostatnio usłyszeliśmy o japońskiej łodzi podwodnej, która zawitała do jednego z zajętych przez nas portów na wybrzeżu Atlantyku, mimowolnie powróciło do mnie wspomnienie z odległych czasów mojego dzieciństwa. Już na kilka lat przed pierwszą Wojną Światową Legnica miała możliwość powitania przedstawiciela Japonii, kraju będącego dzisiaj naszym sojusznikiem. Był nim major Saito z Akademii Wojskowej w Tokio, który gościł w murach tutejszego Regimentu Królewskich Grenadierów.
W naszej księdze wspomnień musimy przewertować wiele kartek do tyłu, aż do stron, na których widnieje rok 1907 i 1908. W owym to czasie, pewnego dnia my uczniacy staliśmy na rogu ulic Wörthstraße i Neue Goldberger Straße (dzisiaj mówi się na nie: Wörther Straße i Goldberger Straße) /obecnie Jana Matejki i ul. Złotoryjska/ i kiedy właśnie „nie mieliśmy nic do roboty”; dla chłopców zawsze sprawa wręcz nie do zniesienia, nagle usłyszeliśmy, jak od strony Rynku dobiegają nas dźwięki orkiestry dętej grającej „Co człekowi z pieniędzy, jeśli ich nie wyda - - „. Dla nas oznaczało to nogi za pas i pędem w kierunku Wilhelmsplatz (dzisiaj: Adolf-Hitler-Platz) /obecnie Plac Wilsona/ na spotkanie orkiestry. Już wkrótce poznaliśmy, że to nasi żołnierze wracają z ćwiczeń do koszar. Akurat maszerowali Neue Goldberger Straße nam naprzeciwko.
Jeszcze rozbrzmiewały dźwięki kapeli, lecz na krótko przed tym, kiedy pochód miał skręcić w Wörthstraße, kapelmistrz Mehring dał znak batutą, wielkie kotły zrobiły potężne bum, bębniarz maszerujący na czele pochodu zatrzymał pałeczkę, muzykanci przerwali pieśń, a kiedy Mehring uderzył w pochwę szpady, muzycy dziarskim ruchem unieśli instrumenty do góry i już orkiestra zaintonowała wszystkim znane preludium do „Marsza Królewskich Grenadierów”. Teraz mogliśmy już znowu śpiewać wraz z kapelą: „Was blitzet so prächtig im Sonnenschein“ /Co tak wspaniale błyszczy w słońcu/. Radość malowała się na twarzach wszystkich legniczan, tych małych jak i dużych, którzy maszerowali wraz z żołnierzami, albo przypatrywali się wszystkiemu z okien i drzwi ulicznych domów.
Podczas gdy ja z chłopakami prawie cały czas maszerowaliśmy przed kapelą, tym razem znaleźliśmy się w środku maszerującego tłumu, który co nuż spychał nas w bok i tym sposobem dotarliśmy w pobliże grupy pierwszych oficerów, która jechała konno tuż za orkiestrą.
A tam! Tam był przecież cały regiment na czele z pułkownikiem i sztabem! Co chwilę zerkaliśmy na lewo na twarze oficerów, bo tam zawsze można było sporo zobaczyć, i oczywiście nie mogliśmy przepuścić żadnego z ich ruchu czy gestu: tutaj jeden pozdrowił, salutując szpadą, kogoś na balkonie jednego z domów, tam z kolei podskakiwał nerwowo koń i jeździec musiał pogłaskać go po szyi – Nic nie uszło naszej uwadze.
Nagle mój przyjaciel Fritz dał mi kuksańca w bok: „Ty, a to co za jeden?” – „Który?” – „No ten mały tam, na kasztanowym koniu, ten w jasnoniebieskim mundurze z czerwonymi lamówkami?” – Prawda, teraz i ja go widziałem. – „Ty, Fritz”, mówię - „popatrz, jak ten inny wygląda, tak obco„. Teraz to już tak wgapialiśmy się w cudzoziemca na koniu, że przez naszą nieuwagę o mało co kozła nie wywinęliśmy. Ten obcy musiał do nas przybyć z bardzo, bardzo daleka. Przynajmniej to wydawało się nam pewne. Snując domysły co do narodowości dziwnego oficera, wraz z regimentem skręciliśmy w Wörthstraße i stanęliśmy przed głównym wejściem do koszar.
Na rogu Grenadierstraße /obecnie ul. Hutników/ i Wörthstraße, po prawej i lewej stronie ulicy orkiestra i grupa oficerów zajęli stanowiska, po czym przy wtórze energicznego marszu „Sedanmarsch”, który był marszem defiladowym regimentu, dowódca jeszcze raz odebrał defiladę.
Oczywiście, że przepychaliśmy się przez tłum tak długo, aż nie znaleźliśmy się zupełnie na przedzie – sprawa honorowa – docierając w końcu do miejsca tuż obok wierzchowca obcego oficera, po czym bez najmniejszego zażenowania mierzyliśmy go wzrokiem, a ponieważ byliśmy „fachowcami” mieliśmy co na nim krytykować.
W międzyczasie regiment przemaszerował obok nas, na co my szturmem, a grupa nasza urosła już do 15-20 wyrostków, natarliśmy aż do bramy koszar, gdzie dalej już nas wartownik nie wpuścił. Teraz to już pozostało nam tylko wgapiać się w dziedziniec koszar.
Jednak po krótkim ociąganiu się, zebrałem w sobie odwagę i zapytałem wartownika: „Proszę Pana, proszę powiedzieć kim był ten obcy oficer, ten w brązowym płaszczu?”. Wartownik zachowywał się tak, jakby nic nie słyszał. – Więc jeszcze raz: „Panie wartowniku, proszę powiedzieć kto to był?” – Wartownik nadal milczał. – Ale teraz to już napierała na niego cała chmara chłopaków, tak że w końcu zwyciężyło w nim dobre żołnierskie serce. Nawet na nas nie patrząc, cicho powiedział: „Japończyk”.
„Aaaaach” – wszyscy zakrzyknęliśmy jednym głosem. I tak zagadka się rozwiązała.
Ale już wkrótce znowu było coś nowego do zobaczenia. Koniuszy prowadzili konie, z których zsiedli oficerowie, z koszar do stajni, a zaraz potem wyszli też oficerowie, aby udać się do swoich mieszkań w mieście.
Też „nasz Japończyk”, jak go nazwaliśmy, szedł z nimi. Zaraz ruszyliśmy za nim; oczywiści w pełnej szacunku odległości. Jednak długo nie trwała nasza radość z towarzyszenia obcemu. Przy Wörthstraße, jeszcze bardzo blisko koszar, nasz obcy zniknął w jednym z domów, w którym, jak było nam wiadomo, rodzina H. prowadziła pensjonat dla oficerów. Na dzisiaj nasza „praca” została zakończona. I chociaż jeszcze trochę wpychaliśmy się w drzwi domu, a okna pierwszego piętra wręcz bombardowaliśmy spojrzeniami, „nasz Japończyk” już się nie pokazał. Było to nasze pierwsze spotkanie z członkiem dla nas tak odległego wschodniego narodu. Jednak nie było ono ostatnie.
W ciągu następnych tygodni i miesięcy od czasu do czasu spotykaliśmy majora Saito i dowiedzieliśmy się o nim oraz o zwyczajach jego kraju dużo ciekawego. Część dowiedzieliśmy się od jego służącego, a część od niego samego podczas „ulicznych rozmów”. Jak się okazało „nasz Japończyk” władał całkiem dobrze językiem niemieckim. Kiedy tylko pojawiał się na ulicy, zaraz aż kręciło się wokół niego od uczniaków. Chłopcy wkrótce byli już tak z nim spoufaleni, że po prostu zadawali mu pytania , a on im chętnie odpowiadał.
Często spotykaliśmy majora na Siegeshöhe /obecnie Wzgórze Zwycięstwa/; tam najchętniej chodził na spacery. W Legnicy czuł się bardzo dobrze i w niedługim czasie był tak samo lubiany przez dorosłych co przez dzieci.
Raz miała miejsce całkiem zabawna pomyłka, kiedy z Fritzem poszliśmy na ulicę leżącą naprzeciwko jego mieszkania, żeby popatrzeć na jego balkon. Fritz powiedział wtedy do mnie: „Ano patrz, on ma też ze sobą swoją żonę”. Ale to tylko tak wyglądało, ponieważ był to sam major Saito; tylko że w domu chętnie nosił tradycyjne dla jego kraju kimono. Piękny był to widok patrzeć na „naszego Japończyka”, gdy ubrany był w swój mundur defiladowy z długą ciemnozieloną, zdobioną złotem marynarką, srebrnymi i biało-czerwonymi lamówkami oraz czapką z pióropuszem.
Kiedy żegnał się z Legnicą, regiment podarował mu piękny album z widokami miasta. Niektórzy legniczanie dostawali od niego jeszcze przez wiele lat po jego odejściu kartki z pozdrowieniami.
Tyle na temat jednego z rozdziałów z księgi wspomnień. I tak nasze miasto, nawet jeśli małe i dopiero na początku długiej drogi, stało się niezapomnianym kamieniem milowym na drodze do obecnego sojuszu.
Helmut Austen

« poprzedni
 
   
   
   

 

   
  decor handcrafted by egocentryk.org  
   


    Serwis:     « strona główna    geneza     regulamin     pliki cookie (nowe zasady)     mapa serwisu     kontakt         |      Fundacja:     « strona główna    o Fundacji         |     flag DE

© Fundacja Historyczna Liegnitz.pl, 2011-2014. Wszelkie prawa autorskie zarówno do serwisu, jak i prezentowanych materiałów są zastrzeżone.